DŁUGOWIECZNA WNIEBOWZIĘTA

DŁUGOWIECZNA WNIEBOWZIĘTA

Dla Mamusi (1931-2025)




W niebo wzięta?! Powinnam się cieszyć, a jakoś nie jestem wniebowzięta z tego powodu, wolałabym, żeby Mamusia nadal była uZiemiona tutaj. Chciałabym Ją widzieć i móc się przytulić, a nie pocieszać się, że Ona i tak jest przy mnie i wszystko widzi. Ale ja nie widzę!!!!

Długo wieczna? Oswajamy swoje krótkie życie na ziemi, magicznymi słowami zaklinamy rzeczywistość. Bo przecież chcemy być tutaj jak najdłużej na tym „łez padole”, nazywamy to długowiecznością. A przecież wieczność jest nieskończona. Nie można jej określić, bo przestaje być wtedy wiecznością, tak, jak nie można określić nieskończoności. Nie jest ani długa, ani krótka. Po prostu jest, bez początku i końca. Nawet dinozaury, które panowały na ziemi przez prawie 180 milionów lat też nie panowały wiecznie, a już na pewno długowieczne nie były. Chociaż może panowały „długowiekowo”. Współcześni ludzie są na Ziemi ok. 300 tysięcy lat, w tym i ja, pojedynczy człowiek, jak kropelka w oceanie. Jestem tylko błyskiem, mikronem, drobiazgiem. „Jak pyłu garść rwanego wiatrem…- Cóż tam człowiek” (Norwid).

Dlatego za wszelką cenę chcemy zaistnieć w Historii Ziemi. Wyłonić głowę z tego planktonu i być tym, który zyska „długowieczność” zapisując się w pamięci gatunku. Młodzi mylnie wierzą, że zapewnią im to media społecznościowe. To zła inwestycja, czeka ich krach na życiowej giełdzie i rozczarowanie. Najlepszą inwestycją jest drugi Człowiek. W rezultacie na Końcu Drogi tylko on przenosi pamięć o nas przez pokolenia za pomocą dobrych słów przekazywanych kolejnym Następnym, czy raczej następującym po nas. Chociaż naprawdę „długowieczni” paradoksalnie jesteśmy dopiero po drugiej stronie Życia. Ja przynajmniej w to wierzę. Tutaj na Ziemi zawsze jesteśmy skażeni śmiercią, która nieunikniona przed nami. Może wtedy odchodzenie bliskich trochę mniej boli, kiedy wierzymy w tę Drugą Stronę? Czuję ich obok, bo chcę. Nic tym nie tracę, tylko ta niedogodność, że ich nie widzę. Ale wystarczy zamknąć oczy i zaraz zjawiają się pod powiekami. Przecież oczy mrugają co chwilę, jak migawka w aparacie fotograficznym, i utrwalają w nas obrazy. Mamy ich miliony.

Moja Mamusia – bo tak zawsze mówiłyśmy do Niej z siostrą, zmarła 6-ego września. Miała 94 lata i 3,5 miesiąca. Do końca świadoma, śmierci też. Nie mogłam wcześniej nic napisać, bo miałam w sobie tylko Jej Nieobecność, niektórzy nazywają to pustką, Czarną Dziurą, obszar czasoprzestrzeni o tak potężnej grawitacji, że nic nie może się z niego wydostać. Nawet Światło. Granica bez powrotu, zza której żadna ucieczka jest niemożliwa. Ale powoli zaczynają się wyłaniać obrazy, krystalizują się w mojej pamięci fotograficznej.

Tak wyglądała 28 dni przed śmiercią. Wydawało się, że sprawdzi się Jej powiedzenie – „mnie na życiu nie zależy, mogę żyć nawet 100 lat! Dowcip był Jej mocną stroną, chyba mam to po Niej.




Mamusia wchodzi do sypialni, budzi mnie. Mam około 1,5 roku. Jest noc. Zakłada mi jasnoniebieski kombinezon, czyli jest zima. Potem niesie mnie na rękach do pociągu do Krakowa. Do kliniki na Kopernika. Zimno, śnieg, przesiadka w Przeworsku. Z nami Babcia Weronia. Klinika, długie, wysokie do nieba, białe korytarze. My na białej ławce, Mamusia karmi mnie mlekiem z butelki ze smoczkiem, z kawałkami bułki – do tej pory czuję ten smak. Wizyta u krakowskiej Babci Marii, chorej na raka, bez nogi, w długim szlafroku we wzory jak z „Baśni z tysiąca o jednej nocy”.


Mamusia z siostrą, też w pięknym szlafroku


Wiosna, leżę w gipsie po szyję, ogród, ja pod kwitnącą wiśnią, upał, wszystko swędzi, jestem przykryta tylko pieluchą tetrową, siadają na mnie muchy, Mamusia co chwilę przychodzi i odgania.

Noc, mam może 4 lata. Budzę się i idę do kuchni, bo słyszę głosy. Babcia rozmawia z jakąś elegancką Panią. Po chwili rozpoznaję Mamusię. Nie było Jej rok. Poleciała tylko na chwilę do Braili do Rumuni, żeby się spotkać w porcie z Tatą, który tam zacumował, ale Tata namówił ją, żeby popłynęła z nim dalej, skoro już się wyrwała z komunizmu. I tak pływała po morzach i oceanach na wkładkę paszportową do dowodu osobistego, która była tylko na kraje socjalistyczne. Cywilizowany Zachód miał to gdzieś i wbijał Jej pieczątki do dowodu osobistego, ale była awantura po powrocie na UB!!!

- Jak ty wyrosłaś Iziu – mówi myśląc o starszej córce.

- Jestem Lidzia – powiedziałam naburmuszona trochę żałując, że kończy mi się wolność z Dziadkami. Inne, cudowne czasy, dzisiaj zabraliby Jej prawa rodzicielskie (tutaj mój śmiech).






Mam 5,5 roku Jestem w szkole podstawowej w gabinecie dyrektorki Adeli Rychel. Mamusia chce mnie zapisać do szkoły rok wcześniej, ja też chcę, a dyrektorka na to, że kuratorium się nie zgodzi.


Mamusia z moją siostrą Izą, pierwsza klasa, 1962


- Ale ona czyta, pisze i zna liczby do tysiąca, nawet ujemne (zasługa Dziadka Jana, który nauczył mnie grać w tysiąca, na pieniądze oczywiście, licytacje, meldunki, ja zapisywałam, nudził się na emeryturze, a żyłka hazardzisty jeszcze z kasyna lwowskiego pulsowała).

Pani Dyrektor chcąc sprawdzić mój „geniusz”, podsuwa mi kwestionariusz i pokazuje palcem kolejne literki. Cisza, czuję się obrażona, że mnie tak nie docenia, milczę zawzięcie. Mamusia wreszcie patrzy na mnie oczami bazyliszka. Chyba muszę, bo mnie zaraz zabije. Czytam szybko cały druk. Mamusia oddycha z ulgą, dumna. Pani Dyrektor mówi: „to dopiszemy jej rok, a na pierwszym świadectwie się wyrówna”. Jak powiedziała, tak zrobiła. Uwielbiałam chodzić do szkoły, jeszcze się sama zapisałam na rytmikę, bo siostra chodziła. Ale za to byłam najmniejsza w klasie i miałam wszystkie mleczne zęby. A jak same z siostrą zdecydowałyśmy, że pójdziemy na egzamin do Ogniska Muzycznego i oczywiście zdałyśmy, Mamusia kręciła nosem, że słomiany zapał, ale pianino na raty kupiła. Piękna, droga Calisia, stoi dumnie w moim pokoju.



Lato, nad Sanem, z naszą francuską ciocią Janine, jej mężem i synem, Mamusia w jednoczęściowym kostiumie kąpielowym, czarnobiałym, geometrycznym, Tata takie same kąpielówki. Oboje jak z żurnala z lat 60-tych.




Mamy po parę lat, od czasu do czasu kłócimy się o byle co, jak to siostry. Mamusia mówi:

- Jak będziecie się tak zachowywać, to nigdy nie wezmę was do dentystki.

Nie wiedziałam, co to jest „dentystka” (przyjaciółka Mamy, Stenia Łysowska), ale poczułam ten ciężar kary. Od tej pory marzeniem moim było pójść do dentystki. Wreszcie nadeszła upragniona nagroda za dobre sprawowanie. Mamusia ubrała nas w najpiękniejsze jasnoróżowe sukienki na tiulowych halkach, białe skarpetki, czarne lakierki i zaprowadziła nas do dentystki, wcześniej uprzedzonej o wizycie. Gabinet był w przychodni na ulicy Sandomierskiej. W piwnicy mieściła się Izba Porodowa, gdzie się urodziłam. Dentystka przyjmowała na poddaszu. Pani Stenia zrobiła przegląd zębów, wstawiła malutką plombę, dała nam kolorowe pudełeczka po wiertłach, a nawet pozwoliła pociąć na kwadraciki ligninę, która chłonęła ślinę. A potem wszystkie poszłyśmy na lody do Pani Sowowej. Od tamtego dnia do dzisiaj lubię chodzić do dentysty. Zawdzięczam to mądrej Mamusi.


Sesja zdjęciowa u fotografa w Stalowej Woli, koło przejazdu kolejowego


Mam 6 lat, maj. Podróż w pociągu do Szczecina, z przesiadką w Przeworsku oczywiście. Tam przy chwiejącym się stoliku nakrytym ceratą jemy w barze na stacji kotlet z ziemniakami i kapustą. Mamusia co chwilę poprawia mi nóż i widelec. Odwiedzamy Tatę, przypłynął, stoi na redzie, ale za mało czasu, żeby przyjechał do Rudnika. Kajuty na statku, jak w luksusowym hotelu. Jedzenie też, zwłaszcza, że do chiefa (wtedy Tata był pierwszym oficerem) przyjechała piękna żona (zawsze w szpileczkach) z córeczkami. Spacery po Szczecinie, targi książki na Wałach Chrobrego. Rodzice kupili mi książkę, którą się zachwyciłam, o życiu w oceanach, mam ją do dzisiaj. Potem obiad zdecydowanie różniący się od tego w Przeworsku, w Orbisie, wtedy to była podobno najlepsza restauracja, bardzo droga i elegancka. Tam pierwszy raz w życiu zobaczyłam czarnoskórego mężczyznę, młody, wysoki, wytworny, patrzyłam na niego bezwstydnie, jak to dziecko, Tata zwrócił mi uwagę, że tak nie wolno. Taka niby drobna sytuacja, a nauka na całe życie.


Mamusia sterniczka


Mamusia na skuterze Lambretta, Tata przywiózł z Włoch. Wglądają razem jak z neorealizmu włoskiego, kolorowe ptaki w szarym komunizmie.

Początek lat 70-tych. Mamusia i Tatuś w czarnych skórzanych kurtkach motocyklowych, w kaskach – złoty i srebrny z czarnym pasem pośrodku, na Hondzie 350 szaleją po okolicznych fatalnych „szosach”. Kiedyś Jechałam z Tatą do Leżajska kupić buty. Jechaliśmy może 100 km/h, wtedy szybkość niespotykana nawet dla milicyjnej drogówki, która wypadła z krzaków z lizakiem. Nawet nie było sensu się zatrzymywać. Ale kiedy wracaliśmy czujnie zwolniliśmy. Milicja nas zatrzymała, myślę sobie „oj, będzie mandat”, a oni: „Panie!!!!!! A co to jest??? Chcieliśmy obejrzeć! Ile wyciąga? Ile pali? A skąd to takie?” itd., itd. Mandatu nie było. Potem ja „odziedziczyłam” kurtkę, była „szpanerska”!




Liceum. 73 rok. Bitwa o spodnie. Coraz więcej dziewczyn, czy kobiet chodziło w spodniach. Nie tylko z mody, ale z wygody. U nas „obsada” liceum konserwatywna. Na czele dyrektor po rusycystyce, po linii partyjnej, jak większość dyrektorów typu „Czarnek”. Moja Pani wychowawczyni również pełna konserwa, koleżanka mojej Mamusi ze szkolnej ławki tego samego liceum. To ona wymyśliła dla „dziewcząt” mundurki licealne nie posiadając za grosz gustu i zrozumienia dla młodości i zmieniającego się świata. Granatowe spódniczki kończące się 10 cm nad kolanem i kamizelki długie, trochę krótsze od spódnicy. Straszne po prostu, zwłaszcza dla tych, co właśnie przekształcają się powoli w kobiety. Robiłyśmy, co się dało, żeby jakoś lepiej wyglądać. Po centymetrze skracałyśmy tę zakonną długość. Niestety Pani Profesor stała przy wejściu do budynku z długą grubą linijką i mierzyła, nie było 10 cm, to nie wpuszczała do szkoły, nieobecność, obniżone zachowanie. Uważała, że krótka spódniczka to brak moralności. W ramach protestu zdobyłam granatowy materiał w Domu Handlowym i uszyłam sama spódnicę do kostek, bo wtedy obowiązywała moda mini, midi, maxi. Pani Profesor jak to zobaczyła to wyrzuciła mnie do domu natychmiast, nie pomogło moje tłumaczenie, że powinno się jej spodobać, bo teraz jestem zakryta bardzo moralnie. Przyszła zima, my z siostrą zaczęłyśmy zamiast spódnicy wkładać spodnie, zresztą świetne, bo japońskie, zieleń butelkowa, szerokie. A zimy wtedy były srogie. Okazało się, że nie ma absolutnie na to przyzwolenia, bo „kiedy za nami idą chłopcy, to patrzą na te krągłe kształty i się podniecają” !!!!!!!! Byłyśmy z siostrą wyklęte i nazwane hersztami bandy, bo niektóre koleżanki poszły za nami. I tu zaczęła się ostra wojna. Dyrektor zarządził zebranie Rodziców, żeby krzykiem zastraszyć i wybić z głowy jakiekolwiek przejawy wolności. Wtedy wkroczyła Mamusia. Zawsze stała po naszej stronie, jak lwica. Powiedziała, że to po prostu z zazdrości o młodość, tak to jest, jak nie można się pogodzić ze swoim wiekiem, nie mówiąc już o tym, że koleżanka posiada taką figurę, że w życiu w spodnie by się nie zmieściła. No i że jest zdumiona jej nieczystymi myślami, bo Mamusi nigdy w życiu nie przyszłoby do głowy, że ktoś się podnieca patrząc na jej spodnie. Tym bardziej, że ona spodnie uwielbia. Skandal był!!!!! A na drugi dzień Mamusia poprosiła przyjaciela domu, lekarza  - który też miał córkę w klasie siostry i widział absurdalność sytuacji - o zaświadczenie, że z powodu przebytego dziecięcego zapalenia stawów, co było prawdą, mam chodzić w spodniach. Reszta poszła za tym przykładem. Wygrałyśmy, chociaż, żeby zrobić nam na złość, skreślono nas z obozu wędrownego organizowanego przez szkołę, tylko nas dwie. Ale dla wolności warto było. Bez Mamusi nie wygrałybyśmy z Inkwizycją.

 

Zdjęcie do prawa jazdy, które Mamusia zrobiła w wieku 42 lat razem z Izą, kurs zorganizowało nasze liceum


Liceum, 1974, za rok matura, przez dwa lata byłam pewna, że pójdę do Szkoły Morskiej, jak Tata, dlatego mat-fiz, chociaż wtedy nie było równouprawnienia, ale zawsze można to zmienić, prawda?

- Mamuś, idę do Szkoły Teatralnej.

- Proszę?!!!!! Mowy nie ma! Już była archeologia śródziemnomorska, Szkoła Morska, dlaczego nie możesz iść po prostu na prawo czy medycynę, to są porządne zawody!

-NIE!!!!!!

Parę miesięcy walki. Pierwsza odpuściła Babcia: - Iza, daj jej spokój, niech spróbuje, przecież widać, że to na poważnie.

Niedługo potem Mamusia wróciła z zakupów z gazetą Expres Wieczorny. Rozłożyła przede mną i powiedziała naburmuszona wskazując palcem: „może to Cię zainteresuje”?

Ogłoszenie o naborze na obóz przygotowujący dla kandydatów na studia aktorskie w Krakowie. Miałam niecałe 17 lat. Znowu pociągiem do Krakowa z przesiadką w Przeworsku, trochę zagubiona w dużym mieście. Był egzamin, zdałam, zostałam na dwa tygodnie. Mój pierwszy samotny „dorosły” wyjazd. Po tygodniu zgnębiona tęsknotą, zamówiłam na Poczcie Głównej rozmowę do domu, czekało się parę godzin na połączenie. Mówiłam Mamusi o wszystkim, że świetnie się czuję, mieszkam w akademiku, mam wspaniałe zajęcia, wieczorami chodzimy do teatru, obiady mamy w stołówce Akademii Ekonomicznej, tylko nie o tęsknocie. Na drugi dzień jestem na obiedzie, patrzę i oczom nie wierzę!!!!! Wchodzi Mamusia. Biegłam do Niej jak na skrzydłach, żeby się przytulić. Po wczorajszym telefonie czuła, jak jestem zagubiona, wsiadła w nocy do pociągu, to jakieś 6 godzin wtedy, i przyjechała na parę godzin, żebym mogła się przytulić. Mamusia.


Moja studniówka 1975


Koniec maja, mam niecałe 18 lat. Siostra w Krakowie na studiach. Ja w domu tylko z ukochaną Babunią, której pomagam, jak mogę, ma początki Parkinsona. Mamusia z Tatusiem na morzu w drodze do… bo ja wiem? Gdzieś pewnie koło Sudanu. Dzwonią mniej więcej raz w miesiącu przez Szczecin Radio, bo Polska ma wtedy ogromnie dużo statków i obowiązuje kolejka rozmów, są krótkie, zdawkowe, bo inni czekają. Dzwoni telefon, noc, biegnę na drugą stronę domu.

- Jak Babcia? Over.

- W porządku, dajemy radę. Over.

- Co jecie? Gotujesz? Over

- Oczywiście, robię zakupy, dzisiaj piekłam udziec z indyka. Over.

- Co w Rudniku? Ktoś umarł? Ktoś się urodził? Jak ciocia? Over

Itd., itd., „No to pa córeczko, muszę kończyć”.

- No to pa! Bez over.

- A!!!! Czekaj! Zapomniałam, jak Ci poszła matura? Over

- Dobrze, spokojnie. Przywieź mi coś ładnego.

Taka sytuacja dzisiaj nie do pomyślenia. Nikt mnie nie budził, żebym się nie spóźniła, nie popędzał do nauki, nie robił mi kanapek, że o korepetycjach nie wspomnę . Dzięki temu byliśmy odpowiedzialni za siebie i za nam powierzonych, odważni, zaradni, nauczeni życia.

Na 4-tym roku zaczęłam jeździć konno w AKJ-cie. Koniec października, zeskakiwałam z konia, było ogromne błoto, nie miałam wtedy oficerek, stopa mi się ześlizgnęła i złamałam nogę w kostce. Gips, mój kolega przywiózł mnie taksówką do domu. Wynajmowałyśmy wtedy z siostrą dół willi. Obok mieszkali zaprzyjaźnieni młodzi sąsiedzi z telefonem, co wtedy było luksusem. Ledwo się położyłam z nogą do góry i jeszcze mokrym gipsem wpada Majka i mówi: „dzwoni Twoja Mama przestraszona i pyta, co się stało, bo czuje, że coś jest nie tak. Próbowałam jej skłamać, że nic się nie stało, nie wierzy, musisz podejść do telefonu, bo ona czeka.”

Z pomocą Majki i Jej męża przeskakałam na jednej nodze do telefonu.

-Co się stało? Tylko mnie nie oszukuj.

- Nic, przecież słyszysz, że żyję.

- Mów prawdę, bo ja i tak wiem, że coś się stało, tylko chcę wiedzieć, co?

- No dobra, nogę złamałam.

- Wiedziałam! Wiedziałam! Czułam! Chwała Bogu, że tylko tyle.

Mamusia zawsze czuła i wiedziała, skąd? Teraz ja mam to po niej zawsze, gdy coś się dzieje z moimi synami, a jak byli mali i mieli jakiekolwiek kontuzje, to bolało mnie w tym samym miejscu.

1983, lipiec, wracamy w sobotę z targu w Stalowej Woli. W domu jak po przejściu armii czerwonej – okno wybite, szafy wybebeszone, jedzenie z lodówki rozdeptane po podłodze, Metaxa wypita, zniknęło wszystko, co dało się ukraść – srebrne sztućce, lornetka wojskowa, bagnet po dziadku, pistolet ze ślepakami – Tata miał pozwolenie, kosmetyki, biżuteria, w tym złoty łańcuszek Mamusi. Milicja przyjechała, potem śledczy z Niska, ale jakoś nie specjalnie zainteresowani. Wtedy Mamusia powiedziała:

- Ja ich znajdę. To był łańcuszek, który Janek kupił mi w Wenecji, a poświęcił Jan Paweł II na krakowskich Błoniach. I po tym łańcuszku ich wytropię, drugiego takiego nie ma w Polsce (zresztą w komunie wszystkie te ukradzione rzeczy były unikatowe, nawet kosmetyki). Łańcuszek miał rzadki splot i doczepioną malutką złotą metkę, której Mamusia nigdy nie odczepiła. Parę dni później w kolejce w sklepie widzi przed sobą na szyi młodej dziewczyny swój łańcuszek.

- O, jaki piękny ma Pani łańcuszek, taki niespotykany. Gdzie Pani kupiła?

- Dostała od męża na imieniny.

- A kiedy Pani miała, bo może jeszcze taki mogłabym kupić.

- Wczoraj miałam.

- To może ja z Panią wyjdę, żeby tu nie przeszkadzać, bo chciałam wziąć telefon do Pani, proszę spytać męża o ten łańcuszek.

Wyszły i w tym momencie przejeżdżał radiowóz. (Swoją drogą Mamusia naprawdę urodziła się w czepku, opowiadała Babcia Weronia. Powiedzenie to wywodzi się z rzadkiego zjawiska, kiedy dziecko rodzi się w nienaruszonym worku owodniowym, to jest 1 na 80-100 tys. porodów). Tamta chciała uciec, ale Mamusia mocno trzymała za rękę, ludzie pomogli. No i wtedy rozpoczął się początek rozpracowania przez Mamę dużego gangu, który między innymi okradał cerkwie na podkarpaciu. W sądzie była oskarżycielem posiłkowym. Po maturze marzyła o prawie, ale niestety nie dopuścili Jej do egzaminów ze względu na Tatę (mojego Dziadka), wroga ludu. Moja przebiegła, mądra i odważna Mamusia.

1985 rok. Jędruś urodził się w czerwcu. Wakacje oczywiście w Rudniku. Okazuje się, że w październiku mamy lecieć z Teatrem do Aten na festiwal teatralny z „Igraszkami trafu i miłości” w reżyserii Anny Polony. Nigdy z siostrą nie dostałyśmy wcześniej paszportu, same odmowy. „Państwo” mówiło, że jesteśmy zakładniczkami zawodu Taty, bo inaczej by uciekł ze statku, został w Wielkim Świecie i nigdy tu nie wrócił. Wygląda na to, że doskonale wiedzieli, jaki obóz stworzyli. Tym razem wreszcie dostałam łaskawie ten paszport, ale tylko dlatego, że służbowy i że ręczyło za mnie dwóch dyrektorów – artystyczny Kaziu Wiśniak i administracyjny Władek Winnicki. Tak bardzo marzyłam o tym wyjeździe, ale co zrobię z 4-miesięcznym dzieckiem? Mamusia nie wahała się ani chwili.

- Jedź! Ja zostanę z Jędrusiem, nic się nie bój.

- Ale masz jeszcze Babcię z Parkinsonem, która wymaga opieki.

- Co się martwisz! Dla mnie to nie problem.

Poleciałam na tydzień do Aten. Ciepło, czysto, kolorowo, neony, światła, oliwki, ślimaki, krem z krewetek!!!!! Ludzie uśmiechnięci, bawiący się do późna, Akropol!!!!!! Dzięki Mamusi, Jej poświęceniu dla mnie, dla swojej Mamy, którą opiekowała się 8 lat. Wiecznie sama, bez pomocy, dzień po dniu, noc po nocy, bo Tata na statkach, a my w Krakowie. Siłaczka.

Rok 1987, Babcia Weronia zmarła rok wcześniej, w Polsce bieda, ja już mam dwóch synów, siostra artystka po ASP syna i córkę. Do teatru ludzie nie chodzą, spektakle odwoływane, bo na widowni nieraz kilkanaście osób. Ludzie myślą o chlebie, a nie o Sztuce. Andrzej bez pracy, bo kto chce słuchać jazzu. Siostra robi biżuterię z modeliny i sprzedaje w Sukiennicach, tak, żeby było na mleko. Wtedy wkracza Mamusia:

- Jadę do Ameryki ze Stasią, (jej siostrzenicą i chrześniaczką) żeby Wam pomóc. Będę sprzątać. To nie wstyd, wstyd, to kraść.

Była równo rok, sprzątała u bogatych Amerykanów. Światowa kobieta, dama, nie miała z tym problemu. Naprawdę pomogła przetrwać kryzys. Prawdziwa miłość „nie zna swego”.

W św. Szczepana (rocznica ślubu Rodziców) wyszła na schody przed domem, żeby strzepać dywanik, piękne słońce, ale schody oblodzone. No i złamała nogę, którą sobie natychmiast nastawiła, zanim zdążyła spuchnąć. W szpitalu lekarz zachwycony, kto tak pięknie nastawił!

Lipiec 2019 w wieku 88 lat Mamusia wbiegając z ogrodu do domu na te same schody, potknęła się o próg i padła jak długa. Zawsze wchodziła w sprint, kiedy usłyszała dzwoniącą komórkę. Chwała Bogu „tylko” złamanie lewej ręki z odpryskami. A za parę dni mieliśmy wyjazd na Ukrainę śladami Dziadka Jana, czyli Jej Taty. No to po wyjeździe.

- A dlaczego? Jadę! Przecież nogami chodzę, nie rękami. Gips założony, a kontrola za 10 dni, to w czym problem?!

To był wspaniały, emocjonalny wyjazd. Niezwykle wzruszający. Byliśmy pierwszymi z Rodziny, którzy odwiedzili miejsce urodzenia Dziadka, Helenków,  kościół w Kozowej, w którym był chrzczony, potem cały etap lwowski, kasyno, cukiernia Zalewskiego, Baczewski. A Mamusia ze szczęścia raz się śmiała, raz płakała. Cieszyła się, że dożyła tej chwili, w której chociaż pod koniec życia zaczęła bardziej rozumieć swojego Tatę. Zresztą był to początek odszukania zaginionej bliskiej Rodziny, której obecności tylko się domyślaliśmy. Zawsze gotowa na Przygodę. To też mam po niej, no i po Tacie.


Ruszamy w drogę, na Lwów!


Mamusia radna dzielnicy, Mamusia zostająca czasem na wakacjach z szóstką wnuków, połowa z pieluchą, świetny kierowca, samowystarczalna, trzeba było poprawić tynk – poprawiała, Mamusia ogrodnik, w wieku 91 lat sama ścinała trawę, 18 arów, zawsze mówiła, że najtrudniejsze w trawnikach angielskich jest pierwsze 100 lat, potem już lżej, przycinała drzewa, myła okna, wchodziła na drabinę, jeździła na rowerze na zakupy. Mamusia mistrzyni ruskich pierogów, gdzie do farszu zawsze dodawała trochę suszonej mięty, mistrzyni przetworów na zimę i kiszonego barszczu. Mamusia grzybiarka, Mamusia załatwiająca sąsiadom w urzędach i sądach trudne sprawy, na przykład odzyskanie zajętego domu. Mamusia, która przywoziła nam z dalekich krajów świetne ubrania, a jak nie wyjeżdżała, to kupowała w Pewexie, woziła nas do Rzeszowa, bo tam był najbliżej w okolicy. Mamusia z krokomierzem Garmina na ręce robiąca na wyjazdach po Europie po 20 km dziennie, będąc po 85 roku życia, Mamusia tolerancyjna, nikogo nie wykluczająca, mocno wierząca, Córka, Mamusia, ukochana Babunia i Prababcia. Prawnuki robiły z Prababcią, co chciały, przebierały, chodziły na czworakach, pękały ze śmiechu, tuliły, całowały, bo chciała, żeby Ją pamiętały. Po pogrzebie wszyscy dostali Jej piękny portret, który w maju zrobił Jędruś, kiedy wygrzewała się w słońcu wiosennym, mają go „na widoku”, żeby się od Niej nie odzwyczaili.








Marzymy o pełni życia, według nas to zdrowie, uroda, pieniądze, praca, kariera. A przecież to nie pełnia życia, tylko pół. Jaka jest druga połowa? Taka, jak na księżycu, widzimy jasną stronę, nie widzimy tej ciemnej, ale wiemy, że jest, i razem tworzy całość. Nie łudźmy się, że w życiu jest tylko jasna strona, nie ma szczęścia, bez nieszczęścia, nie ma życia bez śmierci.

6 września 2025 roku o 3-ej nad ranem zmarła „Babcia Izia” w Szpitalu Dietla na Skarbowej. Trafiła tam tydzień wcześniej, w piątek w nocy. Dusiła się, zatrzymanie moczu, zaczął się ból. Byłam przerażona, bo w poniedziałek musiałam pojechać do Warszawy na zdjęcia do „Świętego gniewu”. Nie dziwcie się, taki jest ten zawód, wszystko umówione od paru miesięcy, terminy wielu ludzi skoordynowane, opłacone terminy lokacji, wypożyczony sprzęt – kamery, oświetlenie, długo by tłumaczyć. Pożegnałam się z Mamusią myśląc, że już Jej nie zobaczę. Całowałam, głaskałam i obiecałam, że w piątek wrócę, a codziennie będziemy na Whatsappie, ale nadziei wielkiej nie miałam. Każda minuta życia była walką. Lekarze mówili, że według danych medycznych już nie powinna żyć. Żyła. W środę powiedziała, że najgorsza jest ta świadomość. Andrzej przyjechał po mnie pod Grójec o 19-ej, bo tam kończyłam zdjęcia, w Krakowie byliśmy przed 22-gą, droga chwała Bogu pusta. Wpadłam do szpitala. Spała po lekarstwach, dotknęłam twarzy, ledwo otworzyła oczy. Boże, jak się ucieszyła! Tuliłam, całowałam, mówiłam do ucha, że dziękuję, że poczekała na mnie, kiwnęła głową lekko się uśmiechając, mówiłam że kochamy, żeby się nami opiekowała. O północy zadzwonił Moryś na Whatsappa, żeby powiedzieć, jak bardzo Ją kocha, bardzo słabo powiedziała, że wie. Potem mówiła „zabierz mnie stąd”, to już nie było do mnie, bo „bolą pośladki, ręce, nogi”. Poprosiłam lekarkę o zastrzyk przeciwbólowy, po co przechodzić w cierpieniach na Drugą Stronę. Uspokoiła się, zasnęła. Po północy poszłam do domu. Kiedy o 7-ej rano zadzwoniła lekarka już wiedziałam. Pierwszy odruch był taki, że chciałam zadzwonić do Mamusi i podzielić się z Nią tą wiadomością. Jakie dziwne uczucie pustki. Tego dnia biegliśmy z Jędrusiem Business Run jako ambasadorzy. Biegłam dla Niej zdziwiona, że świat nie zatrzymał się ani na moment, ludzie nadal się cieszą, bawią, żyją, nawet nie wiedzą o tej śmierci, a tu po cichu co chwilę ktoś odpada niepostrzeżenie. Zresztą ludzie nie chcą słyszeć o takich brzydkich rzeczach. Ale kochani spokojnie, to tylko Śmierć, czyli dopełnienie życia. Nikomu nie udało się przed tym uciec. Nawet Jezusowi, kimkolwiek dla Was jest, czy był.




Jak mój wnuk Igi miał 4 lata spytał mnie: „Babciu, czy jesteś ze mnie szczęśliwa?” Teraz ja zawracam się do Niej: „Mamuniu, mam nadzieję, że byłaś ze mnie szczęśliwa”.

Lidia Bogaczówna, która już nie ma tarczy przed sobą, sama jest na przedzie tego pochodu w Jedną Stronę.

Komentarze

  1. Niezwykle wzruszająca opowieść! Te niezłomne mamy... No i zielone spodnie!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Wstydliwa Tajemnica Rodzinna

Adaś hrabia Tarnowski

Kapitan Żeglugi Wielkiej Jan Bogacz